Kiedy zaczynasz żyć dla kogoś3 min read

Ostatnio zauważyłam u ludzi kolejne ciekawe zjawisko. Dostosowywania się do całego świata. Robienie czegoś, albo właśnie nierobienie, bo ktoś ma na to inny plan. I nie chodzi mi bynajmniej o kierownika czy szefową, która stoi nad nami z batem i myśli, że wszystko, co robisz, nadaje się totalnie do niczego. I chcesz wtedy zabłysnąć. Spełnić oczekiwania. Zachować się jakoś. Odpowiednio, nie dla siebie. Tylko wiecie, w sprawach bardziej ważnych. Od nie kupię pomidorów, bo Zenek ich nie lubi po nie weźmiemy ślubu, bo on nie chce. Co w takich momentach robię?

Odwracam piłeczkę.

Zacznijmy od początku

To zjawisko jest wszechobecne. Od wspomnianych już pomidorów, czyli rzeczy mniej istotnych, po sytuacje bardziej ważne. Po wartości, które się liczą dla Ciebie, a dla kogoś niekoniecznie. Przykładów widzę całe mnóstwo. Opowiadanie o czymś z perspektywy nieswojej, a kogoś, najczęściej jest to On. Mężczyzna typu partner albo potencjalny partner.

Czyli na przykład, Poszłam z nim do łóżka, bo on tego chciał, a potem zjedliśmy na śniadanie omlety, bo on nie lubi jajecznicy. Wiesz, chciał tego, widziałam to w jego oczach.

A czego Ty chcesz?

Moja perspektywa, nie czyjaś

Bo warto zrobić krok w tył i spojrzeć na to ze swojej perspektywy. I, niestety, mało osób świadomie na takie pytanie odpowiada. Patrzymy na kogoś zachcianki i styl życia, pomijając nasz pogląd na świat. Chcemy spełnić czyjeś oczekiwania, nie zdając sobie sprawy z tego, czego my chcemy. Tak naprawdę.

Ostatnio zostałam jednak pozytywnie zaskoczona po zadaniu tego pytania. Dostałam na twarz totalnie świadomą odpowiedź, z konkretnym celem. Ba! Nawet opowieścią o tym, jak wypracować kompromis, żeby spełnić potrzeby obojga osób. Jej i Jego. To była sytuacja w stylu co robić, kiedy on bardzo nie, a ja bardzo tak. Moja rówieśniczka zaskoczyła mnie samoświadomością, bo inni w tym momencie zaczęliby rzucać argumenty, które nie mają związku z rzeczywistością. A nic mnie bardziej nie drażni.

Jest nadzieja. Bo to jest świetne. Wiedzieć czego się chce, a przynajmniej czego nie. Banalne? No tak. Proste? Niekoniecznie.

Więc część ludzi dalej biegnie swoją drogą śpiewając pod nosem:
Nie kupimy białych mebli, bo on ich nie chce.
Nie damy dziecku na imię Zofia, bo on to ogólnie chce mieć chłopca.
Nie zwiążę się z nim, bo jemu tak dobrze.

Wtedy zaczynasz trochę żyć dla kogoś. Chcesz się liczyć ze wszystkimi, głównie z Nim, pomijając siebie. Może to kwestia tego, że jak się nie jest czegoś pewnym, to wygodniej jest przyjąć kogoś nastawienie. Albo rezygnacja ze swoich potrzeb, żeby nie było niepotrzebnych akcji. Też wygodniej. Albo po prostu, brak świadomości, jak już wcześniej pisałam.

Lubić siebie

Ale, jak ostatnio korpokoleżanka z biurka obok rzekła, wracając z łazienki: Bo grunt, to lubić samego siebie, nie? W końcu to ja będę ze sobą do końca życia.