Wystaw siebie na próbę, a (nie) pożałujesz?5 min read

Znasz siebie? No tak. No pewnie, że tak. I niby uczymy się codziennie. Wszystkiego. I niby każdy dzień to nowe szanse. Ale z reguły robimy to, co bezpieczne. To, co zawsze. Wiemy, że na dobry żart reagujemy śmiechem. Na widok różowego nieba lekko się uśmiechamy. Rozczulają nas małe dzieci pokazujące dwa – ale jedyne – ząbki do aparatu. Wkurza nas kolejka w Biedronce. I cena paliwa na stacji. Wiesz, że jutro będzie dokładnie tak samo. Żyjesz w ciągłym pędzie, o którym przypominają Ci w Internecie, reklamach i mediach, które wiedzą czego potrzebujesz lepiej niż Ty sam. Ale tak naprawdę poznajemy siebie w momencie, kiedy żyjemy intensywnie. Kiedy wokół jest milion bodźców, a my mamy wybór pomiędzy jednym, a drugim. Teraz. Już. Nie do końca wiedząc co jest dobre, a co złe.

Stan: codzienność

Tak chyba jest nie tylko ze mną. Prawda? Kiedy jest spokój i takie normalne, poukładane życie, przez niektórych zwane rutyną, nie trzeba się wiele zastanawiać. No zobaczcie. Wstaję rano. Pierwszy szok to światło w łazience, które niesamowicie razi. Więc lepiej oczy zamknąć. Zastanawiam się, czy nie przybiję gwoździa w tramwaju. Na stojąco. Bo przecież nie inaczej. Wracam z pracy, czasem bardziej zmęczona, czasem mniej. Mam milion pomysłów, gdzie by można zjeść pyszną kolację. Co zobaczyć na świecie. Na jaki koncert się wybrać. Bo doznania muzyczne to przecież coś pięknego. Wypiję wino z koleżanką. Z babcią. Zdenerwuję się wieczorem, że już trzeba iść spać, a najnowszy sezon serialu leży i krzyczy. Najgorszy jest dzień, w którym trzeba malować paznokcie, bo to stracony czas i jeszcze coś nie wyjdzie. No to byle do piątku. Nie myślę panicznie gdzie będę jutro ani za dwa lata. Nie przeraża mnie myśl kolejnego wieczoru, tygodnia i lat. Dom to spokój, który czuć w powietrzu. A całus od ukochanego to najlepsze zwieńczenie dnia. I ja to lubię. Ja to mam.

Zabawa w życie

No i wszystko jest w porządku. Ale nie zawsze było. Najbardziej czuje się, że życie nie upływa jakoś dokładnie wtedy, kiedy dostaje się po dupie. Tak wiecie. Niekoniecznie dla przyjemności. To ten czas, który był, jest albo jeszcze nas spotka. Kiedy wieczory spędza się wbijając wzrok w telefon albo wyrzucając go za siebie. Bo czekasz na coś cholernie ważnego. Gdy nie możesz poskładać całego filmu z poprzedniej imprezy. Kiedy zastanawia się, czy to wczoraj to było na serio, czy jednak on sobie robił jaja. Masz wątpliwości, czy może alkohol uderzył do głowy. Za bardzo. Czy będziesz pamiętać To Imię jutro. Za pięć lat. Czy uczucie dreszczyku na plecach będzie miało jeszcze jakieś znaczenie oprócz momentu, w którym TO się dzieje. 

Wzrok, który onieśmiela, a nie powinien. Miejsca, które się odwiedza, a przecież kto by pomyślał?! Piosenki, do których wracasz, kiedy tylko możesz. Słowa, które zapamiętasz. Bo rozwalają Cię na kawałki. Warga, którą przygryzasz. Myśli, które błądzą. Flashbacki. Wspomnienia. Dziś dzieje się dużo. Jutro jeszcze więcej. Aż strach się bać, co będzie dalej.

No to – co to?

I można mówić, że bierze się to, co podsuwa los. I zwie się to korzystaniem z życia. Jak się ma naście lat albo studenckie życie też mówią na to „wyszaleniem się”. Tylko nieświadome wybory, spontaniczne akcje, niekontrolowane zachowania czasem bolą. Czasem ukłują. Nie tylko w momencie, w którym się dzieją. Wiecie, konsekwencje i te wszystkie zdrowo rozsądkowe sprawy. Czy to złe?

Nie. Niektórych rzeczy można się wstydzić. Ale nie żałować. Każdy wybór to jakiś element nas. Tworzenie drogi, która w pewnym momencie staje się świadomym dążeniem do czegoś. Czegoś zwanego powszechnie szczęściem, które dla mnie i dla Ciebie przecież znaczy co innego. No, bo w końcu to intensywne życie kiedyś się skończy. Nie zawsze wystawiasz siebie na próbę. Prawda?

Inaczej mówiąc: kiedy dostajesz po dupie albo samemu wskakujesz w dołek, jeszcze dając sobie liścia w twarz, możesz poznać, czy coś jest ok, czy jednak nie w porządku. Możesz wierzyć lub nie, ale te (niby) świadome wybory, które bolą to właśnie moment, w którym poznajemy siebie. Wydaje Ci się, że jeśli nie wylejesz morza łez to znaczy, że nie boli? Boli. Ale idziesz dalej. Po coś. Coś, co będzie bezpieczne, dobre i spokojne.

Poznajesz siebie, kiedy odczuwasz złość, chęć rozwalenia kogoś lub czegoś. Kiedy wbijasz pazury w plecy kogoś, kogo chcesz mieć przy sobie, a nie możesz. Przy niepowodzeniach i przy ej, nie do końca jest dobrze. Kiedy coś walnie jak grom z jasnego nieba, a Ty się kompletnie tego nie spodziewasz. Reagujesz na coś niekontrolowanie. Zaskakujesz siebie. Kiedy wiesz czego nie chcesz. To wtedy poznajesz siebie.

No. To albo jest to za Tobą. Może jesteś w trakcie. Może się z tego pośmiejesz. Może zapomnisz. Tak, czy siak, życie może Cię zaskoczyć w każdej chwili. A właściwie… Samemu siebie możesz zaskoczyć. Kiedy najmniej się tego spodziewasz.