Co biorą normalni ludzie na polskie wybrzeże, a co biorę ja?3 min read

Kocham polskie wybrzeże i jeżdżę tam właściwie co roku. Od małego zwiedzam kurorty nad Bałtykiem, od zachodu po wschód, wliczając Mierzeję Wiślaną i Półwysep Helski. Dzień przed wyjazdem, otwieram walizkę i zaczyna się cała akcja zwana pakowaniem. Nie mam w zwyczaju brać połowy szafy i jeszcze do tego wykupywać całej drogerii, ale są rzeczy must have. Takie, które rzadko kto zabiera, ale ja tak. Bo wakacje w Polsce są wyjątkowe.

Parasol

Większość osób jadących na wakacje, chcąc ochronić się przed nadmiarem promieni słonecznych, zabiera ze sobą wielkie parasole, które wbijaja potem w nadmorski piasek. I wczasowicze mogą wtedy spokojnie schować się tam, kiedy już będą mieli dosyć słońca albo wysyłają tam swoje dzieci, obawiając się, że krem o ochronie 50 SPF nie da rady. Ja nie zabieram kolorowego parasola na plażę, tylko parasol chroniący od deszczu. Od jakiegoś czasu, gdziekolwiek nie wyjeżdżam, nie mogę liczyć na promienie słoneczne tylko ulewę. Przynajmniej w ważniejszej części wakacji. Nie wierzycie? Pisząc posta, ledwo widać drogę autostrady. Załączam foteczkę.

13702431_1277233485650105_717717348_o

Samoopalacz

Wiadomo, że nadmiar słońca szkodzi, dlatego wszyscy wczasowicze biegają na plażę z olejkami i kremami, smarując się wzajemnie. Potem ze spokojem mogą położyć się na koc i leżeć tam aż do wieczora. Z przerwą na rybę. Ja zabieram samoopalacz, bo przecież w deszczu się nie opalę, co najwyżej nawdycham jodu. No i trochę wstyd wrócić takim bladym, tym bardziej jak się ma naprawdę jasną skórę od zawsze. Ale i tak jest pięknie. I tak liczę na wspaniały zachód słońca.

Ubrania na plażę

Jeśli już zdarzy się coś dziwnego i nagle wyjdzie słońce, idę na plażę. Ba! Mogę nawet zabrać koc i zachowywać się jak wszyscy, ciesząc się, że jednak mam to wolne i mogę się poopalać (nieważne, że to ostatni dzień moich wakacji). Wtedy muszę się ubrać w przygotowany zestaw pod tytułem „na plażę”, nieważne czy jem akurat loda na promenadzie czy idę piaszczystą drogą zobaczyć morze. Eureka? Nawet nie wiecie, jak drażnią mnie Heniowie z wielkim brzuchem, nagim brzuchem i paradują po nadmorskim miasteczku, tłumacząc się, że przecież są na wakacjach i mają prawo. Schowaj brzuch, dziadzie i ubierz nawet ten antykoncepcyjny podkoszulek!

Polskie wybrzeże z książką?

Nie zabieram książek. Zabieram słuchawki. No, bo często jest z deszczu pod rynnę i wtedy zamiast deszczu jest upał (tak, w ostatni dzień moich wakacji), a na plaży koc przy kocu. Wtedy rozglądam się kto decyduje się odpuścić leżenie w zamian za rybę i tam rozkładam manatki. Wtedy słychać z okolicy…
– Maaaariaaaan, widziaaałeeeś Krzyyyśkaaa?
– Nie, pewnie bawi się przy morzu
– Zgubiłeś go!?
Albo „No daj, posmaruję cię tym kremem, dlaczego Ty musisz być zawsze taki uparty!?”
Wtedy nie można czytać książki. Wtedy trzeba ubrać słuchawki i się wyłączyć. Ach jak pięknie, ten szum morza i w ogóle spokój…

Ale ja naprawdę lubię wakacje. I dziś, kiedy nie zadzwonił budzik o 5:50, a za oknem zebrały się chmury, z których wiadomo co spadnie, wiedziałam, że to Ten Dzień! Jadę nad morze, odpocząć i zrelaksować się, obawiając się o mój nocleg, bo w zeszłym roku powitał mnie dźwięk trąbki na pogrzebie, bo trafiłam na pokój na przeciwko cmentarza.

Kocham polskie wybrzeże.